upór i przekora recenzja
newsy ze świata,  w wolnym czasie

Upór i przekora, czyli jak nie pisać książek o kobietach w nauce [recenzja].

Może tego jeszcze nie wiecie, ale jestem skrytym fascynatem historii nauki. Moja słabość do tematu objawia się głównie tym, że z radością czytam książki o historii odkryć i naukowcach (klik), ale też przeglądam czeluście internetu w poszukiwaniu starych ilustracji naukowych (klik). Powodowana standardową potrzebą (czytanie + historia nauki = entuzjazm), jakiś czas temu (coś ponad rok) zakupiłam książkę o wdzięcznym tytule “Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat” autorstwa Rachel Swaby.

Nadzieje i brak uprzedzeń

Do lektury podeszłam z entuzjazmem i absolutnym brakiem uprzedzeń, albowiem o kobietach w nauce wciąż mówi się nie dość dużo, wiele postaci (zwłaszcza z dawniejszych czasów) pozostaje nieznanych społeczeństwu, poza tym zawsze dobrze przeczytać coś o ciekawych ludziach. Sam pomysł na książkę jest przecież bardzo ciekawy: przybliżyć sylwetki ponad 50 kobiet, które wniosły coś ważnego do świata. Uznałam, że może być to dobry punkt wyjścia do dalszej lektury (momentami cierpię na chorobliwą wręcz potrzebę zgłębiania życiorysów pewnych osób, a niezwykłą satysfakcję sprawia mi odkrycie, że np. Mendel nie zdał – DWUKROTNIE! – egzaminu na nauczyciela, ponieważ oblał z … biologii). I po kilkunastu stronach okazało się, że ja mam z tą książką problem. A nawet kilka.

 

Feminizm jako etykietka zwiększająca sprzedaż?

Może słyszeliście coś na jej temat, była dość głośno reklamowana w mediach, jako książka o feministycznym zacięciu. Faktycznie, nawet zamiast standardowego patronatu, została objęta matronatem, a bohaterki najczęściej określane są jako “naukowczyni” czy “wynalazczyni”. Fragment z okładki głosi: “ W zdominowanym przez mężczyzn środowisku naukowym kobiety od wieków dokonywały przełomowych odkryć i torowały drogę do kolejnych, ale do niedawna nikt nie opowiedział ich historii i nie oddał im sprawiedliwości”. Jeśli myślicie, że odda im sprawiedliwość autorka, to jesteście w błędzie (ja byłam).

upór i przekora recenzja

 

Po pierwsze, mimo, że sam pomysł zebrania i przedstawienia historii 52 kobiet uważam za świetny, to wykonanie trochę nie daje rady. Po odjęciu podziękowań, bibliografii i obszernego wstępu (20 stron), zostaje nam 260 stron treści. Na jedną bohaterkę przypada średnio 5 stron – moim zdaniem niewiele. Nie czepiałabym się jednak, gdyby historie bohaterek nie brzmiały jak żywcem spisane z Wikipedii: “Nobla dostała w tym i w tym roku, potem przeniosła się na taki i taki uniwersytet”. Zamiast przedstawić nam ciekawe historie ciekawych kobiet, autorka pokazuje nam.. jak nie powinno się pisać o kobietach. Przyjrzyjmy się konkretnym przykładom.

 

Trochę wody, trochę wiedzy..

Jeden z rozdziałów opisuje Ellen Swallow Richards (1842 -1911) – kobietę, która przyczyniła się do rozwoju inżynierii sanitarnej, propagowała edukację w zakresie zdrowego żywienia i odpowiedniego przygotowania posiłków, była prezesem Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomii Gospodarstw domowych. Inspirowała kobiety do studiów na uniwersytetach i dążyła do edukacji we wszystkich dziedzinach życia. Jako pracownica MIT (Instytut Technologiczny w Massachusetts) przeanalizowała 20 tysięcy próbek wody. Jej praca wyznaczyła standard przyszłych badań w tej dziedzinie (czyli była pierwszą osobą, która zrobiła to na taką skalę i tak porządnie), ale pozwoliła także stwierdzić, że problem z wodą pitną dotyczy nie tylko lokalnej społeczności – powinien być rozpatrywany globalnie. W tym czasie nie było nowoczesnych oczyszczalni ścieków, ani regulacji co do utylizowania odpadów przemysłowych czy ścieków miejskich, więc część z nich zanieczyszczała ujęcia wody pitnej. Ellen Richards postawiła więc trafną diagnozę i zapoczątkowała zmiany, które uratowały zdrowie (i niejednokrotnie życie) tysiącom osób. Jak taki dorobek życiowy komentuje pani Swaby (autorka)? “Nieźle jak na pierwszą w USA kobietę, która została zawodowym chemikiem”. Serio? Nieźle jak na kobietę? I to zdanie pojawia się w książce reklamowanej jako lektura feministyczna? Phi. Ostatnie zdanie podsumowujące życie tej bohaterki brzmi “ Wystarczyło jedynie trochę wiedzy i – na początek – dwadzieścia tysięcy próbek wody”. Faktycznie, kobieta, która została jedną z pierwszych oficjalnych pracownic prestiżowej uczelni, która dokonała naprawdę dużo dla upowszechnienia edukacji i doprowadziła do zmian w warunkach sanitarnych kraju – musiała mieć trochę wiedzy.

 

Ostrzenie ołówków

Opisywana w książce Alice Evans (1881-1975) była bakteriologiem. Zanim odkryła pokrewieństwo między bakteriami z gatunku Bacillus abortus i Micrococcus Melitensis (nazywane tak za jej czasów, dzisiaj są przyporządkowane do rodzaju Brucella), była nauczycielką. Jednak “po czterech latach mazania po tablicach szkolnych i ostrzenia ołówków czuła się kompletnie wypalona” – tak właśnie autorka książki zgrabnie podsumowuje zawód nauczyciela. Aż smutno mi myśleć o jej procesie edukacji, skoro ma takie wyobrażenia…

 

Parę oparzeń to pikuś

Charlotte Auerbach (1899-1994) była genetykiem i prowadziła na zlecenie brytyjskiego ministerstwa wojny badania nad mutagennym wpływem gazu musztardowego. Chwila wyjaśnienia odnośnie tej substancji: po raz pierwszy została użyta jako broń chemiczna przez Niemców w 1917 roku. W dużych stężeniach gaz ten zabija w 2-5 minut, przy czym śmierć jest ciężka: substancja wypala gałki oczne, powoduje oparzenia skóry, która schodzi płatami.. W mniejszych dawkach jest silnym mutagenem (sklasyfikowany jako substancja rakotwórcza kategorii 1 – czyli substancje rakotwórcze dla człowieka). Z taką to niebezpieczną substancją pracowała pani Auerbach. Podsumowanie jej dokonań w omawianej książce jest, jak możecie się spodziewać, rozczarowujące: “Za cenę żmudnej pracy laboratoryjnej i paru oparzeń od oparów gazu musztardowego Auerbach znalazła się w elicie swojej dyscypliny naukowej jako matka mutagenezy”. Bo, wiecie, żeby świat okrzyknął kogoś w taki sposób nie trzeba mieć inteligencji i wiedzy, nie trzeba dążyć do odkrycia prawdy ani wykazać się niebywałą wytrwałością, wystarczy parę poparzeń i żmudna praca, nic wielkiego.

To tylko część kwiatków, jakie można znaleźć podczas lektury. Nie wspomnę już o błędach merytorycznych (“kultury szczepionek” itd.). Co ciekawe, w zestawieniu zabrakło Marii Skłodowskiej – Curie. Czyżby była zbyt mainstreamowa?

upór i przekora recenzja

Feminizm to nie puste hasło

 

Najbardziej razi mnie w tym wszystkim fakt, że książka mająca z założenia docenić wkład kobiet w światową naukę i podkreślić osiągnięcia ich życia tak naprawdę je… deprecjonuje. A boli mnie to tym bardziej, że napisała ją kobieta.

 

Uważam, że warto o tym mówić: nie wszystko, co sprzedaje się z etykietką produktu o feministycznym duchu, ma cokolwiek wspólnego z feminizmem. Powyżej mamy dobry przykład, że bywa  odwrotnie. Nie wystarczy wspomnieć o kobietach, żeby tekst był feministyczny. Wymienienie czyichś osiągnięć nie jest “oddaniem sprawiedliwości”, jeśli ostatnie zdanie na ich temat mocno je deprecjonuje. Myślę, że to dobry temat do przegadania z uczniami, zwłaszcza że możemy świetnie przećwiczyć umiejętność krytycznego myślenia, analizy i wyciągania wniosków.

 

Jest jakiś plus

Książka ma spis literatury ze źródłami przyporządkowanymi do każdej bohaterki. Więc żeby dowiedzieć się czegoś ciekawego, można przekopać się przez źródła.

 

Bardzo chętnie przeczytałabym podobną pozycję (o kobietach nauki, niekoniecznie 52 ;)) ale na wyższym poziomie. Możecie coś polecić?

Podziel się opinią :)

Podziel się opinią!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.